środa, 26 sierpnia 2009

Szyjki

Zaczynam kompletować zestaw do szycia. O taki

Jak widać brak mi jeszcze szpilek. Już zamówiłam sobie mosiężne. Igły mam dwie, długa z nieznanych mi przyczyn okazała się NIE być z nierdzewki, a krótka była kiedyś chromowana, ale to było bardzo dawno temu (jakieś 30 lat temu). Na razie takie wystarczą. Potem Nidhogg zrobi mi igły sam, w końcu po coś go wysłałam na to szkolenie kowalskie.
Kościana igła właściwie nie jest do szycia tylko do dzianiny, ale igła to igłą wiec jest w tym zestawie. Szpikulec do przekłuwania dziurek jest może nieciekawy z wyglądu ale bardzo dobrze sie go używa. Najbardziej dumna jestem ze szpulek, wiem że nie są jakieś takie śliczne, ale sama robiłam. Mały prostokontny zwijacz to troszkę nie ta epoka, ale miałam odrobinę cienkich nici lnianych i trzeba je było na coś nawinać. Brak mi jeszcze nożyczek, ale na te muszę zapolować. No i musze kupić pudełko obłogowe, ale to na szczęście może poczekać. W tym sezonie nie będę go już potrzebowała.
No i dwa zbliżenia, jak się chwalić to na całego:


niedziela, 10 maja 2009

Takie sobie luźne spostrzeżenia

Wróciliśmy z Majówki w Odrzykoniu organizowanej przez ZRBDO i postanowiłem zanotować najważniejsze spostrzeżenia dotyczące obozowania - do realizacji na ten sezon.
1 - miedziane kotły są super, patelnia lepsza stalowa.
2 - dopóki nie mamy samochodu, potrzebujemy wygodnych , pojemnych plecaków - stary ze stelażem się już kończy, a wór transportowy (wojskowy, z demobilu) bez samochodu to pomyłka. (Plan zrealizowany od razy po powrocie, kupiliśmy dwa plecaki górskie 50 i 60 litrów.)
3 - potrzebujemy lekkiej kołdry, najlepiej puchowej (ale współczesna syntetyczna tez ujdzie, wystarczy lniana poszwa). Koce są ciężkie i niewygodnie się śpi pod więcej niż jednym, a śpiworki są nie teges. Robi się już cieplej, wiec czas mamy do jesieni.
4 - jak co roku - przydałby sie siennik.
5 - zrobić zbiorczy pokrowiec na łuki, Józię i maszty do namiotu.
6 - wozić własna siekierę, najlepiej historyczną.

Przy okazji przetestowaliśmy kotły, nową hakownicę (wersja mini, kal.10mm - oszczędza proch i jest lekka) i składany maszt do namiotu.

I to by było na tyle :D

wtorek, 17 lutego 2009

Aktualizacja

Od ostatniego wpisu minęło nieco czasu. Powiedziałabym że nawet dużo. Ale od zakończenia sezonu wyjazdowego czas wolny skurczył nam się dosyć mocno. Ze względu na zmianę pracy Nidhogg nie ma w tym momencie dostępu do kuźni tak wiec robi nieco inne rzeczy. Ja jak szyłam tak szyje ale dokleiłam do tego jeszcze zamiłowanie do chemii i zajęłam się farbowaniem barwnikami naturalnym. To właśnie robiłam na zeszłorocznych warsztatach w Będkowicach. Nidhogg nauczał kucia grotów (z całkiem niezłym skutkiem) i skrobał sobie tabliczkę woskową. Na tych warsztatach wypaliliśmy również wykonane w zeszłym roku garnki. Mimo właściwego wysuszenia dwa uległy uszkodzeniu przy wypale. Konkretnie wazonik pękł bo chyba był źle sklejony, zaś przykrywka na kubeczek odkształciła się pod ciężarem drewna. Wyszły piękne siwe, wypalone beztlenowo. W przyszłym roku zapytamy właścicieli jak się ich używa.
W tym roku z Będkowic przywieźliśmy trochę ufarbowanej wełny tabliczkę woskową i przeziębienie.

wtorek, 2 września 2008

Karpackie Klimaty - Krosno 2008

Ostatnio0 zaniedbaliśmy nieco bloga, na razie jako przedsmak wrzucam zdjęcia z Karpackich Klimatow, organizowanych przez Zakon Rycerzy Boju Dnia Ostatniego. Impreza była udana, organizacja nie zawiodła, a turniej łuczniczy był na poziomie i jak zwykle w wykonaniu Zakonu - urozmaicony (wahadła...).
Tutaj obiecane zdjęcia.
A tu - zdjęcia specjalne z Biegu Dam - zmagania z jabłuszkiem.

piątek, 6 czerwca 2008

Nadal nie będzie podręcznika o tkactwie. Pomysłu na to nie mam i czasu też nie za bardzo. Miast tego będzie notka o szyciu. Jak to kobieta napisze o sukni. Konkretnie o tej sukni


Jest to cotehardi z początku XV wieku, typowo dla tego okresu do pasa jest w miarę dopasowana od bioder zaś mocno się rozszerza dając na samym dole obwód często przekraczający koło. Rekonstrukcja oparta jest na analizie wykopalisk w Herjolfsnes wykonanej przez Poula Nörlunda.Wykopalisko z grobu 41 zostało przez Nörlunda opisane jako męski strój i właściwie nie jest cotehardi ponieważ jest zbyt mało dopasowany. Wykopaliskiem 38 jest damskie cotehardi dobrze dopasowane do sylwetki właścicielki. Suknia ma wąskie kliny gdyż kobieta która była jej prawdopodobną właścicielka (wskazuje na to fakt, iż kobieta owa była owinięta w tę suknie) miała około 140 cm wzrostu. Więcej o obu strojach poczytać można po kliknięciu w poniższe linki:

Na stronie Marca Carlsona:
Herjolfsnes 38
Herjolfsnes 41
i na stronie www.kostym.cz
Herjolfsnes 38
Herjolfsnes 41

Uszyty przez nas egzemplarz został wykonany z jasno niebieskiego lnu z podszewką z surówki bawełnianej. Nasze cotehardi ma maszynowe szwy konstrukcyjne, wszystkie wykończenia wykonaliśmy ręcznie. Wszystkie szwy zostały dla ozdoby i wzmocnienia przestebnowane nićmi nieco ciemniejszymi niż materiał.
Jak widać na powyższym zdjęciu rękawy posiadają niewielkie kliny. Jest to typowa suknia wierzchnia ma około 3/4 koła obwodu spódnicy.


To na tyle dziś. Właśnie zbieram sie do wyjazdu do Będzina.

piątek, 15 lutego 2008

Nowe drobiazgi z kuźni

W wakacje przyglądałem się chwilę, jak Einar kuje groty do włóczni - a robi je naprawdę śliczne, kto widział Józię
ten wie - i ostatnio postanowiłem spóbować własnych sil.
Nawet niczego sobie wyszły, choć raczej na dziryt, niż włócznię - drzewce maks 1,5 cm - nie miałem grubszego pręta. tylko ostrza trochę za długie w stosunku do tulejki.

Z innej beczki - Krysia zamówiła nożyk kabłączkowy, taki podręczny do obozu i do kuchni.

Na zdjęciu nie widać, ale ostrze lekko pękło przy hartowniu, więc nożyk zostaje eksponatem.
Pozatym podłączyłęm wreszcie elektryczny nawiew do paleniska, pełny komfort, tylko jak się zagapię, to sobie stal idzie z dymem...

wtorek, 30 października 2007

Warsztaty rzemiosła w Będkowicach

Między 18 a 21 października pojechaliśmy sobie w teren, na warsztaty rzemiosła. Miał być wyjazd z namiotem i obozowanie w naturze, jednakże pogoda nastraszyła organizatora (całkiem słusznie, ponieważ śnieg, który obudził nas w sobotę rano przy naszej konstrukcji namiotu mógłby być 'nachalny') , zdecydował się on na warsztaty stacjonarne (tylko z nazwy, nachodziłam sie jak głupia). Pojechaliśmy do Będkowic w czwartek, jak sie okazało nieco za wcześnie ponieważ warsztaty miały sie zacząć dopiero w piątek. Nie stanowiło to jednakże żadnego problemu poszliśmy sobie z Wszebądem, na spacerek (parogodzinne włóczenie sie po terenie). Połaziliśmy chwile po dolinie Będkowskiej i po skałach w okolicach Będkowic. Następnie pogadaliśmy w efekcie czego poszliśmy spać niejako z kurami. W piątek pomogliśmy przy porządkowaniu terenu, chłopcy przynieśli piec do szkła do garażu i posprzątali "armagedon" w kuźni. W między czasie Ja (pracowicie) odbierałam telefony przeglądając przy tym (równie pracowicie) księgozbiór gospodarza. W okolicach 13 przyjechali Jagoda i Boran i w domu zrobiło sie ciekawiej. Po 'powitalnej' herbacie zajęliśmy sie wreszcie działalnością zamierzona, czyli rzemiosłem. Jagoda próbowała prząść ale okazało sie ze runo, które nabyła nadaje sie do wielu innych rzeczy, ale do tego celu akurat nie. Boran siedział sobie spokojnie i szył wysokie buty. Nidhogg po uporządkowaniu kuźni odpalił koks i zaczął mi robić widelec( pod tą nazwą nie kryją się bynajmniej żadne widły bojowe). Wieczorem wybyliśmy na zakupy a kiedy powróciliśmy z zaopatrzeniem czekały na nas posiłki osobowe. W nieco większym gronie pogwarzyliśmy i ponarzekaliśmy na pogodę (i cała resztę). W sobotę od rana wkroczył do akcji piecyk do szkła, który okazał się być bydlęciem złośliwym wrednym i nieprzyjaznym. Po 16 godzinach stania przy nim mam 1 ( słownie jeden) koralik, (który do czegoś się nadaje ) i to nie mój tylko Nidhogga. Ale juz wiem, że lubię bawić sie szkłem (byle nie żaroodpornym). Teraz pozostaje mi tylko zainwestować we własny sprzęt i zaprzyjaźnić sie z kimś kto robi witraże. Sobota okazała się dniem pracowitym dla wszystkich, (przykładowo ja pomiędzy momentami kiedy machałam miechem latałam do kuchni pilnować obiadu). Z zaplanowanych zabaw nie odbyło sie tylko gotowanie dziegciu, ponieważ nawalił osobnik, który planował to robić ( a szkoda ciekawa byłam efektów). Po zmroku oddaliśmy sie biesiadowaniu i nadużywaniu genialnego krupniku wykonanego przez pana domu. W niedziele niestety musieliśmy opuścić Będkowice nieco wcześniej by zadośćuczynić obowiązkom obywatelskim i udać się na wybory.
Ogólny bilans wyjazdu
1 widelec 1 koralik
kilka cosiów koralikopodobnych
Poparzone paluchy Nidhogga (nie wiedzieć czemu, łapał gorący koks w łapki) oraz oparzenie mojej wargi (złośliwy piec do szkła dmuchnął sporą porcja iskier na których kursie kolizyjnym znalazła się moja twarz).